Ostatnia szansa polskiej edukacji

Ostatnia szansa polskiej edukacji
Ostatnia szansa polskiej edukacji
Pomimo wielu protestów, krytycznych głosów ekspertów, samorządów oraz nauczycielskich związków zwodowych Minister Zalewska dość bezrefleksyjnie ogłasza kolejne elementy swojego iście przebiegłego planu, dla zmylenia przeciwników nazywanego „reformą”. Już nie tylko w głowach jej przeciwników, ale również na spotkaniach, w mailach czy komentarzach, pojawiają się pytania: czy jest już po wszystkim? Czy można jeszcze coś zrobić? Według mnie można, ale czasu na to jest naprawdę niewiele.

Ważne, aby teraz skupić się na realnym działaniu, a nie zaledwie komentowaniu poczynań MENu. Czymże bowiem są te nawet najbardziej ostre komentarze, kiedy przymiotniki padające z ust krytyków minister Zalewskiej jako zarzuty (np. niedemokratyczny, przestarzały) odbierane są przez nią wręcz jako komplementy?

Zanim dojdziemy do tego co zrobić można, warto jednak zastanowić się dlaczego przez ostatnie 6 miesięcy wszelkie formy protestu były nieskuteczne, tak aby nie popełnić podobnych błędów. Po prostu nie ma już na nie czasu!

Pomimo faktu, że szczerze doceniam włożony dotychczas w protesty trud i wysiłek, wskazać muszę kilka niedociągnięć, które wynikały głównie z braku doświadczenia organizatorów (był to bowiem pierwszy taki zryw nauczycielski od 25 lat), ale bardziej z pewnego rodzaju naiwności jeśli chodzi o „współpracę” z MEN, chęci dyskusji, jakiejś namiastki demokracji w postaci faktycznych konsultacji czy wręcz samego zauważenia przez rządzących istoty problemu czy wręcz samych protestów. W mojej opinii zabrakło dopilnowania trzech, de facto bardzo ze sobą związanych elementów.

Po pierwsze komunikacja. Nie da się przeprowadzić skutecznie żadnego działania, ani nikogo do niego zachęcić jasno nie komunikując własnych celów. Niestety największy grzech popełniony został w zakresie zezwolenia na stawianie znaku równości w założeniu ”reforma = likwidacja gimnazjów”. Taka synonimizacja oraz uproszczenie problemu spowodowało, że dziś faktycznie zarówno nauczyciele jak i rodzice są mocno podzieleni. Moje pytanie brzmi: gdzie były komunikaty, że największymi zagrożeniami nie jest wcale likwidacja gimnazjów, a pogorszenie jakości kształcenia oraz wprowadzenie bardzo kosztownego chaosu? Likwidacja gimnazjów oraz idące za tym zwolnienia nauczycieli czy problemy organizacyjno-logistyczne to „zaledwie” jedne z wielu konsekwencji, ale nie istota reformy. Nikt w ostatnich miesiącach nie skierował chociażby prostego komunikatu, który trafiłby do każdego rodzica. Wparcie, a wystarczyłoby nawet zrozumienie, protestów jest niezbędne, aby nauczyciele przestali bać się o siebie walczyć. Właśnie to opinii rodziców najbardziej obawiają się nauczyciele kiedy pada i przez lata padało sakramentalne „nam strajkować nie wypada”. Wszelkie dotychczasowe, zresztą bardzo fachowe inicjatywy krytyków reformy skierowane były dla rodziców już i tak zorientowanych w jej szczegółach i znających zagrożenia. Niestety do dnia dzisiejszego do przeciętnego rodzica nie dotarł żaden komunikat o tym, że jego dziecko będzie kończyło edukację wczesnoszkolna dopiero w wieku 11 lat, że pogorszy się jakość tej edukacji z racji zmniejszania liczby godzin nauczania wybranych przedmiotów, że za zmianą organizacyjną nie poszła absolutnie żadna zmiana jakościowa, że polska edukacja wypadnie z systemu bolońskiego itd. Gwarantuję, że gdyby odpowiednio sformułowane opinie trafiły do rodziców, to nauczycieli napotkaliby nie tylko na brak zrozumienia problemu, a wręcz na ich wyrozumiałość czy wsparcie. Bardzo podobnie ma się kwestia z komunikacją do nauczycieli i pracowników szkół. Jeżdżąc dużo po polskich szkołach doprawdy dziwię się nie tylko czasem popieraniu reformy, co bardziej nieświadomości jej konsekwencji. Podam tylko jeden przykład. Tak hucznie zapowiadane kształcenie dualne w technikach i szkołach branżowych, dla których do dzisiaj nie ma ogłoszonych ramowych planów nauczania (sic!), jest z pewnością rozwiązaniem bardzo dobrym dla uczniów i dla rynku pracy. Tylko, że niestety nie dla nauczycielskiego rynku pracy. Warto może dostrzec, że w przypadku „oddania” kształcenia zawodowego pracodawcom (zarówno teoretycznego jak i praktycznego) we wspomnianych typach szkół ubędzie grubo ponad tysiąc godzin w każdym oddziale. Innymi słowy, nie bardzo będzie sens zatrudniać nauczycieli zawodowców. Czy nauczyciele ci dzisiaj świadomi są w ogóle takich konsekwencji, czy wypowiedzieli się lub protestują? No właśnie…

Po drugie organizacja. Osobiście będąc na manifestacji 19 listopada w Warszawie z radością zobaczyłem tłumy na Placu Piłsudskiego w Warszawie. Niestety taka forma protestu, na dodatek w sobotę, jest w tej grupie zawodowej bardzo mało efektywna. Pomysł, aby protestować w jednym miejscu jest dobry albo dla mało rozdrobnionej grupy zawodowej (np. górnicy) albo dla grupy świetnie zorganizowanej, mocno uzwiązkowionej, dodatkowo jednomyślnej (pielęgniarki, policjanci).Założę się, że pogoda, ograniczenia finansowe lub proza życia najzwyczajniej w świecie nie pozwoliły wielu chcącym zaprotestować, być tego dnia akurat w centrum Warszawy. Historycznie patrząc, dodam, nigdy w historii polskiej oświaty nie było protestu centralnego, który zebrałby środowiska nauczycielskie w jednym miejscu. Jest to fizycznie niewykonalne.

Ostatni aspekt, który wymaga poprawy to realne konsekwencje protestów. Ostatnich kilka miesięcy pokazało, że dotychczasowe formy oporu nie sprawdziły się, a wręcz często były ignorowane. Działo się tak między innymi dlatego, że nie niosły one za sobą żadnych konsekwencji, dla nikogo. Ani dla MEN, ani dla rodziców, ani dla samorządów. Pytam więc: dlaczego ktokolwiek miałby się zatem nimi przejmować? Niestety doszliśmy w edukacji do takiego punktu, w którym bez pokazania realnych konsekwencji niezadowolenia środowisk szkolnych, będzie ciężko przekonać rządzących do jakiejkolwiek refleksji.

Pytanie zatem „Co robić?”. W mojej opinii przede wszystkim nie wywieszać białej flagi. Uwzględniając wcześniejsze uwagi proponowałbym strajk. Nie protest, szczególnie w sobotę, a strajk. Doświadczenie oraz znajomość polskiej edukacji nie pozwalają mi proponować od razu strajku w postaci nie przyjścia do pracy, ale może i trzeba będzie zachować się aż tak odważnie. Na początek proponowałbym jednak by w wybranym tygodniu od poniedziałku nie prowadzić lekcji, a zaledwie sprawować opiekę. Po pierwsze nikt nie zarzuci nauczycielom porzucenia miejsca pracy i unikną oni w ten sposób nieprzyjemnych konsekwencji. Po drugie zagrają oni nieco na nosie Pani Zalewskiej, która obiecywała likwidację z etatu nauczycieli tzw. godzin karcianych, a w zamian wprowadziła obowiązek sprawowania opieki właśnie. Po trzecie, przy niewielkich stratach edukacyjnych u dzieci, zainteresujecie Państwo jednocześnie w całej Polsce wszystkich rodziców swoim strajkiem i niezadowoleniem. Przy takim obrocie spraw przekonany jestem, że nawet najbardziej zawzięty minister zmuszony będzie (w wyniku refleksji własnej lub sugestii partii) do podjęcia dialogu ze środowiskami szkolnymi, odroczenia czy wręcz wycofania się z planowanej reformy. A może wtedy w końcu podnieść veto odważy się Prezydent?

Zakładając wariant pesymistyczny, z więc pomimo dwóch, trzech dni bez lekcji, a zaledwie z opieką, brak jakiegokolwiek zainteresowania ze strony MEN, wybrać należy wariant poważniejszy strajku, o którym już wspominałem. Gwarantuję, że nie potrzeba więcej niż jeden, góra dwóch dni oporu w formie nieprzychodzenia do pracy przez pracowników szkół, aby to rodzice wymusili na MEN czy Prezydencie odpowiednią reakcję.

Wiem, że opisane przeze mnie rozwiązanie jest dość poważne i mocno nie w smak obecnie rządzącym, jednak jednocześnie patrząc na kalendarz wiem, że nie ma już czasu na półśrodki, przesadną życzliwość czy naiwność. Nie potrzeba wiele: wybrać jeden wspólny termin, wypromować przy wsparciu odpowiedniej komunikacji tradycyjnej oraz elektronicznej (Facebook, hashtag na Twitterze itp.) i działać! Na dzień dzisiejszy polskiej szkole została tylko jedna, ostatnia szansa na obronę.

Na koniec jeszcze osobista refleksja. Przyznam prywatnie, że wstyd mi bardzo, że w kraju który używając dużego skrótu myślowego „dostał Nobla ze strajków i protestów”, który uczył świat jak się to robi skutecznie, w kwestii oświaty i jej obrony nie dzieje się nic. Dużo smutniej robi się jeśli dodatkowo porówna się do tego chociażby możliwości ówczesnych strajkujących i obecnych niestrajkujących we wskazanych przez mnie obszarach komunikacji lub organizacji, o wykształceniu strajkujących i ich liderów nawet nie wspominając.

PS. Dodatkowo po cichu liczę, że dzięki dobrze zorganizowanej i skutecznej akcji pojawi się w polskiej oświacie jakiś, tak jej potrzebny, „Wałęsa”, który pociągnie za sobą środowiska nauczycielskie oraz stanie się na lata ich realnym przedstawicielem i godnym reprezentantem
Trwa ładowanie komentarzy...