Co ważne, problem nie będzie tylko dotyczył nauczycieli gimnazjów. Wiele szkół zorganizowanych jest w formie zespołu (szkoła podstawowa plus gimnazjum) i nauczyciele uczący w tego typu zespołach lub nauczyciele uczący w szkole podstawowej, do której teraz automatycznie dołączają nauczyciele likwidowanych gimnazjów, niech spojrzą na ta kalkulacje inaczej. Od nowego roku dla nauczycieli „przedmiotowców” (od 4 klasy szkoły podstawowej w górę) z racji skrócenia okresu sześcioletniego (3 + 3) do 5 letniego, zacznie brakować 28 z dotychczasowych 141 godzin.
Podana na początku liczba to efekt prostej kalkulacji zrobionej z wykorzystaniem oficjalnych danych MEN i ORE. Aktualnie w polskich gimnazjach pracuje 173 tys. nauczycieli. 31 procent tej liczby to wspomniane na wstępie 53 800 etatów.
Proszę naiwnie nie liczyć, ze wspomniane "zgubione" godziny odnajdą się przecież w 4-letnim liceum. Owszem, odnajdą się z tym, że nowa czwarta klasa w liceum pierwszy raz pojawi się dopiero w roku 2021.
1 290 mln zł odprawy - niestety, likwidowane etaty oznaczają najczęściej obowiązek wypłacania zwalnianym pracownikom, przewidzianej Kartą Nauczyciela, 6-ciomiesiecznej odprawy. Koszty tych świadczeń wziąć na siebie muszą organy prowadzące, co zresztą było jednym z głównych argumentów w licznych krytycznych głosach na temat reformy ze strony samorządów. Według aktualnych przepisów oraz znając aktualną strukturę zatrudnienia, gdzie ponad 3/4 nauczycieli ma stopień "mianowany" lub "dyplomowany" wiadomo, że właśnie tej grupie przysługuje wspomniana 6-miesieczna odprawa. Średnie wynagrodzenie (ok. 3100 zł dyplomowany, 2600 zł mianowany) wraz kosztami świadczeń około płacowych to, przyjmijmy (zaniżając "na korzyść" MEN), około 4 tys. zł. Zatem kalkulacja wygląda następująco:
53 800 x 6 miesięcy x 4 000 = 1 290 mln zł
7700 etatów - dyrektorów gimnazjów (nauczycieli). Niestety, likwidowane gimnazja to również likwidacja stanowisk dyrektorskich. Warto wspomnieć, że dyrektorzy szkół z racji pełnienia funkcji mają niejako zapewniony pełny etat. Innymi słowy, nawet jeśli dyrektor traci tylko funkcję, a pozostaje jako nauczyciel w placówce (co może się zdarzyć w przypadku np. zespołów szkoły podstawowej oraz gimnazjum), wtedy musi być dla niego miejsce do powrotu do pracy jako nauczyciel. Czytaj: prace stracić musi inny nauczyciel dotychczas zatrudniony, robiąc niejako miejsce byłemu już dyrektorowi. Dlatego też liczba 7 700 powinna zostać niestety dodana do łącznej liczby likwidowanych etatów i jest tu w pełni uzasadniona.
185 mln zł - odprawy dla 7700 etatów z punktu powyżej, wyliczone według opisanego wcześniej wzoru.
Kilkadziesiąt tysięcy pracowników - liczba likwidowanych etatów w administracji i obsłudze gimnazjów. Nie można zapominać, że placówka oświatowa to nie tylko nauczyciele i dyrektor. W każdym gimnazjum zatrudnionych jest kilka, jeśli nie kilkanaście osób na stanowiskach tzw. niepedagogicznych. Nikt mnie nie przekona, że nawet przy przejęciu większości nauczycieli z gimnazjum, dyrektor szkoły podstawowej potrzebował będzie dwóch głównych księgowych, dwóch kadrowych, kierowników gospodarczych lub podwójnej obsady przy utrzymaniu porządku czy w sekretariacie. W przypadku pracowników niepedagogicznych sprawa ma się o tyle ciekawiej, że o ile nauczyciele gimnazjum mają, przynajmniej na papierze, zagwarantowane przeniesienie do innych placówek, o pracownikach obsługi i administracji nikt nie wspomniał.
Kilka tysięcy budynków - budynki samodzielnych gimnazjów. Bardzo często powstały one na (niespłacony jeszcze) kredyt lub z wykorzystaniem środków unijnych. Problem zarówno rozliczenia finansowania, jak i zagospodarowania opuszczonych budynków spadnie i tym razem na organy prowadzące. Na dzień dzisiejszy nikt ani nie potrafi, ani nie podjął się próby oszacowania kosztów z tym związanych.
960 szkół - liczba niepublicznych gimnazjów. Są to najczęściej samodzielne placówki lub w zespole z liceum, a więc możliwości przeniesienia nauczycieli do szkół zorganizowanych według nowych zasad są praktycznie zerowe.
Kilkadziesiąt tysięcy etatów - nauczyciele, dyrektorzy oraz administracja szkół niepublicznych gimnazjów. Grupa zawodowa, o której minister nie raczyła nawet pomyśleć (o przygotowaniu jakichkolwiek rozwiązań łagodzących skutki reformy nawet nie wspominając).
720 000 uczniów - podwójny rocznik, który w roku szkolnym 2019/2020 stanie do walki o miejsca w szkołach ponadgimnazjalnych. Dzięki reformie 370 tysięcy obecnych szóstoklasistów oraz 350 tysięcy uczniów pierwszej klasy gimnazjum skumuluje się zarówno na testach na koniec szkoły (jedni podstawowej 8-letniej, inni gimnazjum), jak i w procesie rekrutacyjnym do szkół ponadgimnazjalnych. Skończy się to tym, że dla co drugiego ucznia zabraknie miejsca w szkole, do której chciałby chodzić. Mowa tu nie tylko o konkretnej szkole, a nawet o typie szkoły (ogólnokształcąca czy zawodowa), co wręcz ogólnie o miejscu w jakiejkolwiek szkole ponadgimnazjalnej. Nie ma możliwości ani tak naprawdę sensu, żeby dla jednego zduplikowanego rocznika w ciągu dwóch lat i tylko na rok zwiększyć dwukrotnie liczbę miejsc w szkołach ponadgimnazjalnych.
Powyższe wyliczenia nie wyczerpują z pewnością katalogu wszystkich "beneficjentów" reformy, bo tych odkrywać jeszcze będziemy podczas całego okresu przejściowego. Mowa tu o okresie funkcjonowania równolegle dwóch różnych podstaw programowych, kształceniu specjalnym, kształceniu dorosłych czy wreszcie osób, które miały przerwę w edukacji lub wracających z zagranicy. O żadnej z wymienionych powyżej (czy żadnej z szerzej opisanych w tym tekście grup czy kwot) nie wspomniała Pani minister, ani nie wspomni z pewnością w przygotowywanych przez siebie informatorach dla szkół. Pytanie jednak należy postawić inaczej. Dlaczego kierownictwo MEN miałoby o tym myśleć, skoro nikt z tego kierownictwa nie dołoży ani jednej złotówki do kosztów, nie będzie musiał "dzięki" reformie szukać pracy lub wręcz się przekwalifikować, a tym bardziej tłumaczyć własnym dzieciom dlaczego nie dostały się do wymarzonej szkoły.
