Lista "beneficjentów" reformy oświaty
.

PAP (Radek Pietruszka)
Bum! Stało się! Wczoraj Minister Edukacji Narodowej wraz z Panią Premier ogłosiły, że reforma oświaty jednak wejdzie w życie i to już od następnego roku szkolnego. Niezależnie od jej oceny czy przygotowywanych protestów warto zastanowić się i policzyć, jakie będą jej efekty oraz kto będzie jej faktycznym, nazwanym tak właśnie przez obie wspomniane Panie, "beneficjentem". Co więcej, zadałem sobie również trud policzyć, ilu będzie tych beneficjentów i dlaczego. Zanim zacznę wymieniać nadmienię, że wszystkie dane użyte przeze mnie to oficjalne dane udostępniane publicznie przez MEN lub Ośrodek Rozwoju Edukacji (ORE).

53 800 nauczycieli –likwidowane etaty. Liczba etatów, które znikną z polskiego systemu oświaty jest efektem prostej kalkulacji. Przepisy owszem mówią, że nauczyciele gimnazjów staną sie automatycznie nauczycielami szkół podstawowych, ale nie tu leży problem i podstawa moich wyliczeń. Nowe ramowe plany nauczania - tu jest "nauczyciel pogrzebany". Analizując aktualną liczbę godzin nauczania wybranych przedmiotów obecnie (łącznie w klasach 4-6 szkoły podstawowej oraz 1-3 gimnazjum) i porównując ją z ogłoszonymi nowymi wymiarami tych godzin w nowej szkole podstawowej (a więc w klasach 4-8), widać szokującą różnicę. I to różnicę nie na poziomie poszczególnych pojedynczych przedmiotów, ale łącznej liczby godzin. Po staremu było ich łącznie 79 (25 + 26 + 28) przez 3 ostatnie lata szkoły podstawowej oraz 90 (29 + 30 + 31) w gimnazjum, czyli razem 169. Według nowych ramowych planów nauczania jest ich 141. Co to oznacza? Ano ni mniej ni więcej niż to, że do nowej szkoły podstawowej nie przeniesiono prawie 1/3 łącznej liczby godzin z gimnazjum!!! Czytaj: 1/3 nauczycieli gimnazjów nie będzie miało pracy!!! "Zgubione" 28 z 90 godzin w gimnazjum stanowi dokładnie 31,1 procent.

Co ważne, problem nie będzie tylko dotyczył nauczycieli gimnazjów. Wiele szkół zorganizowanych jest w formie zespołu (szkoła podstawowa plus gimnazjum) i nauczyciele uczący w tego typu zespołach lub nauczyciele uczący w szkole podstawowej, do której teraz automatycznie dołączają nauczyciele likwidowanych gimnazjów, niech spojrzą na ta kalkulacje inaczej. Od nowego roku dla nauczycieli „przedmiotowców” (od 4 klasy szkoły podstawowej w górę) z racji skrócenia okresu sześcioletniego (3 + 3) do 5 letniego, zacznie brakować 28 z dotychczasowych 141 godzin.

Podana na początku liczba to efekt prostej kalkulacji zrobionej z wykorzystaniem oficjalnych danych MEN i ORE. Aktualnie w polskich gimnazjach pracuje 173 tys. nauczycieli. 31 procent tej liczby to wspomniane na wstępie 53 800 etatów.

Proszę naiwnie nie liczyć, ze wspomniane "zgubione" godziny odnajdą się przecież w 4-letnim liceum. Owszem, odnajdą się z tym, że nowa czwarta klasa w liceum pierwszy raz pojawi się dopiero w roku 2021.

1 290 mln zł odprawy - niestety, likwidowane etaty oznaczają najczęściej obowiązek wypłacania zwalnianym pracownikom, przewidzianej Kartą Nauczyciela, 6-ciomiesiecznej odprawy. Koszty tych świadczeń wziąć na siebie muszą organy prowadzące, co zresztą było jednym z głównych argumentów w licznych krytycznych głosach na temat reformy ze strony samorządów. Według aktualnych przepisów oraz znając aktualną strukturę zatrudnienia, gdzie ponad 3/4 nauczycieli ma stopień "mianowany" lub "dyplomowany" wiadomo, że właśnie tej grupie przysługuje wspomniana 6-miesieczna odprawa.  Średnie wynagrodzenie (ok. 3100 zł dyplomowany, 2600 zł mianowany) wraz kosztami świadczeń około płacowych to, przyjmijmy (zaniżając "na korzyść" MEN), około 4 tys. zł. Zatem kalkulacja wygląda następująco:

53 800 x 6 miesięcy x 4 000 = 1 290 mln zł



7700 etatów - dyrektorów gimnazjów (nauczycieli). Niestety, likwidowane gimnazja to również likwidacja stanowisk dyrektorskich. Warto wspomnieć, że dyrektorzy szkół z racji pełnienia funkcji mają niejako zapewniony pełny etat. Innymi słowy, nawet jeśli dyrektor traci tylko funkcję, a pozostaje jako nauczyciel w placówce (co może się zdarzyć w przypadku np. zespołów szkoły podstawowej oraz gimnazjum), wtedy musi być dla niego miejsce do powrotu do pracy jako nauczyciel. Czytaj: prace stracić musi inny nauczyciel dotychczas zatrudniony, robiąc niejako miejsce byłemu już dyrektorowi. Dlatego też liczba 7 700  powinna zostać niestety dodana do łącznej liczby likwidowanych etatów i jest tu w pełni uzasadniona. 



185 mln zł - odprawy dla 7700 etatów z punktu powyżej, wyliczone według opisanego wcześniej wzoru.



Kilkadziesiąt tysięcy pracowników - liczba likwidowanych etatów w administracji i obsłudze gimnazjów. Nie można zapominać, że placówka oświatowa to nie tylko nauczyciele i dyrektor. W każdym gimnazjum zatrudnionych jest kilka, jeśli nie kilkanaście osób na stanowiskach tzw. niepedagogicznych. Nikt mnie nie przekona, że nawet przy przejęciu większości nauczycieli z gimnazjum, dyrektor szkoły podstawowej potrzebował będzie dwóch głównych księgowych, dwóch kadrowych, kierowników gospodarczych lub podwójnej obsady przy utrzymaniu porządku czy w sekretariacie. W przypadku pracowników niepedagogicznych sprawa ma się o tyle ciekawiej, że o ile nauczyciele gimnazjum mają, przynajmniej na papierze, zagwarantowane przeniesienie do innych placówek, o pracownikach obsługi i administracji nikt nie wspomniał. 



Kilka tysięcy budynków - budynki samodzielnych gimnazjów. Bardzo często powstały one na (niespłacony jeszcze) kredyt lub z wykorzystaniem środków unijnych. Problem zarówno rozliczenia finansowania, jak i zagospodarowania opuszczonych budynków spadnie i tym razem na organy prowadzące. Na dzień dzisiejszy nikt ani nie potrafi, ani nie podjął się próby oszacowania kosztów z tym związanych.



960 szkół - liczba niepublicznych gimnazjów. Są to najczęściej samodzielne placówki lub w zespole z liceum, a więc możliwości przeniesienia nauczycieli do szkół zorganizowanych według nowych zasad są praktycznie zerowe.



Kilkadziesiąt tysięcy etatów - nauczyciele, dyrektorzy oraz administracja szkół niepublicznych gimnazjów. Grupa zawodowa, o której minister nie raczyła nawet pomyśleć (o przygotowaniu jakichkolwiek rozwiązań łagodzących skutki reformy nawet nie wspominając). 



720 000 uczniów - podwójny rocznik, który w roku szkolnym 2019/2020 stanie do walki o miejsca w szkołach ponadgimnazjalnych. Dzięki reformie 370 tysięcy obecnych szóstoklasistów oraz 350 tysięcy uczniów pierwszej klasy gimnazjum skumuluje się zarówno na testach na koniec szkoły (jedni podstawowej 8-letniej, inni gimnazjum), jak i w procesie rekrutacyjnym do szkół ponadgimnazjalnych. Skończy się to tym, że dla co drugiego ucznia zabraknie miejsca w szkole, do której chciałby chodzić. Mowa tu nie tylko o konkretnej szkole, a nawet o typie szkoły (ogólnokształcąca czy zawodowa), co wręcz ogólnie o miejscu w jakiejkolwiek szkole ponadgimnazjalnej. Nie ma możliwości ani tak naprawdę sensu, żeby dla jednego zduplikowanego rocznika w ciągu dwóch lat i tylko na rok zwiększyć dwukrotnie liczbę miejsc w szkołach ponadgimnazjalnych. 



Powyższe wyliczenia nie wyczerpują z pewnością katalogu wszystkich "beneficjentów" reformy, bo tych odkrywać jeszcze będziemy podczas całego okresu przejściowego. Mowa tu o okresie funkcjonowania równolegle dwóch różnych podstaw programowych, kształceniu specjalnym, kształceniu dorosłych czy wreszcie osób, które miały przerwę w edukacji lub wracających z zagranicy. 
O żadnej z wymienionych powyżej (czy żadnej z szerzej opisanych w tym tekście grup czy kwot) nie wspomniała Pani minister, ani nie wspomni z pewnością w przygotowywanych przez siebie informatorach dla szkół. Pytanie jednak należy postawić inaczej. Dlaczego kierownictwo MEN miałoby o tym myśleć, skoro nikt z tego kierownictwa nie dołoży ani jednej złotówki do kosztów, nie będzie musiał "dzięki" reformie szukać pracy lub wręcz się przekwalifikować, a tym bardziej tłumaczyć własnym dzieciom dlaczego nie dostały się do wymarzonej szkoły. 

Trwa ładowanie komentarzy...